Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/w-chyba.wroclaw.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server455784/ftp/paka.php on line 5
- Och ty!

coraz mniej czasu spędzasz na zbieraniu dowodów,

- Och ty!

oczami powiódł po pokoju, a następnie
- Mam wyjść? - odezwał się burkliwy głos.
– Nie.
- Dziękuję za zainteresowanie, mamo. Naprawdę. Niedługo
– Oczywiście – odrzekła Barbara, spoglądając na las. – Jesteś
- To też, ale...
wiedzieć. To i tak było wielkie ryzyko. Znasz Darrena Mowery’ego
– Możesz mnie już puścić – powiedziała.
– Najpierw uwolnij J.T.
ściszonym głosem. - Panu też nie pali się do
i pocałował. Victorię przeszedł dreszcz. Sin
wam o tym opowiemy, zgoda? Teraz trzeba tutaj posprzątać.
A potem zaczęli popisywać się nowo
- Oczywiście, ale musisz mi zaufać. Jestem dla ciebie

W całym pokoju nie było ani jednej zabawki, za to grał telewizor, a na stoliku leżał porzucony w pośpiechu kolo¬rowy magazyn. I to miała być opieka nad dzieckiem! Wiel¬kie nieba!

Pewnego dnia, kiedy byłem zajęty malowaniem drzwi wewnątrz mieszkania, listonosz przyniósł mi list w dużej
- Chyba nie mówisz o sobie? - Przyjrzał się jej uważ¬nie. - Nie mogłaś być zwyczajna, nawet jak miałaś trzy lat¬ka. - Odwrócił się do ogrodnika i spytał po francusku: - Co o niej myślisz, Ottonie? Czy ona nie jest wspaniała?
- To na co pan czeka?
I znowu uśmiechnęła się tak promiennie, że Markowi odjęło mowę.
że mnie zabijesz, jeśli powiem matce. Powiedziałeś, że chciałeś zaskoczyć Huffa w odlewni i zostać z nim do czasu powrotu do domu. Pamiętam, że zazdrościłam ci twojej odwagi. Poszedłeś tam sam, w ciemności. Nawet bardziej zazdrościłam ci tego, że Huff ucieszy się z twojego widoku. Wiedziałam, że uzna twój pomysł za doskonały i na pewno nie zmyje ci za to głowy. Co zobaczyłeś tamtej nocy, Chris? - spytała, obniżając głos. - Ile miałaś wtedy lat? - Pięć. - No właśnie. Jakim cudem mogłaś więc zapamiętać coś takiego? Często wymykałem się w nocy z domu i szedłem do fabryki, żeby wrócić po pracy z Huffem. Pomieszały ci się wydarzenia. To nie była prawda. Niektóre wspomnienia z dzieciństwa zapamiętała zbyt wyraźne, żeby je z czymkolwiek pomylić, a pamięć dni, które nastąpiły po odnalezieniu okaleczonego ciała Sonniego Hallsera, była nader żywa. Nie zapomniała o tamtych zdarzeniach również dlatego, że był to jedyny moment w ich życiu, kiedy Chris zachowywał się tak, jakby się czegoś bał. - Uważam, że Huff zabił tego człowieka - powiedziała. - Ty zaś kilkanaście lat później z takiego samego powodu pozbyłeś się Gene'a Iversona. Postanowiłeś jednak nie popełniać błędu Huffa i ukryłeś ciało tak, że nigdy nie zostało odnalezione. - Nikt nie wie, co się stało z Iversonem. Może Huff tak go przestraszył, że uciekł, gdzie pieprz rośnie. - Porzucając całe mienie? - Może porwali go obcy. - Chris pstryknął palcami. - Już wiem. Pułkownik Musztarda zdzielił go ołowianą rurą po głowie, kiedy Iverson poszedł do biblioteki. - To nie zabawa w zgadywanki - rzuciła gniewnie. - Jak możesz sobie żartować z czyjejś śmierci? - To przypomina mi o kolejnej sprawie. Nie wiemy nawet, czy Iverson nie żyje, a tym bardziej, czy został zamordowany. Moim zdaniem żyje sobie gdzieś, ma się doskonale i zaśmiewa się do rozpuku z kłopotów, w jakie wpędził mnie i całą rodzinę. Wiem za to z absolutną pewnością, że go nie zabiłem. Oświadczenie Chrisa nie zrobiło na Sayre wrażenia. - Ani ty, ani Huff nie wierzyliście, że sąd cię uniewinni, wzięliście więc sprawy w swoje ręce. Calvin McGraw przyznał, że przekupił w waszym imieniu ławę przysięgłych. - Calwin McGraw cierpi na demencję! - krzyknął Chris. - Przyzna się nawet do tego, że wysadził w powietrze most Golden Gate, jeśli go o to zapytasz. Nie panuje nad sobą. Na miłość boską, Sayre, bądź rozsądna. Dlaczego chcesz wierzyć choremu na alzheimera, a nie własnemu bratu. Sayre wstała z łóżka i stanęła przed komodą. Odstawiła nietknięte wino na laminowane biurko i spojrzała w lustro, ledwie rozpoznając swoje odbicie. Czy to ta znana dekoratorka wnętrz dla bogaczy z Bay City? Haute couture zastąpiły dżinsy i podkoszulek. Przestała prostować włosy i pozwoliła im poskręcać się w chaotyczne sprężynki pod wpływem wilgoci i upału. Kim była ta osoba, spoglądająca na nią z lustra i co robiła w tym żałosnym pokoju, ubrana w ten sposób, zabawiając się w konspiracyjne gierki z powodów, które najwyraźniej były ważne tylko dla niej? Co ją obchodziło, że Clark Daly zabijał się powoli z przepicia i rozpaczy? Dlaczego miałaby się przejmować strajkiem robotników i przyszłością Hoyle Enterprises, skoro przez całe dziesięciolecia ludzie pracujący dla jej ojca tolerowali tragiczne w skutkach, czasem śmiertelne wypadki przy pracy oraz godne pożałowania warunki w fabryce? Jeżeli Chris popełnił morderstwo i uszło mu to na sucho, powinna go zostawić w diabły. Nikogo poza nią nie obchodziło, że Chris i Huff zagrali wszystkim na nosie, kupując wyrok sądu. Po co w ogóle się tym zajęła?
- Ładny pogrzeb wyprawili - zauważył tak niezobowiązująco, jak potrafił. Wyraz twarzy Lili nie zmienił się ani na jotę. - Omal nie zasnęłam w kościele. Nudy na pudy - Huff urządził niezgorszą stypę. - Była w porządku. - Gdzie zniknęłaś? - Zniknęłam? - Przewróciła kolejną kartkę. - Kiedy? - Wtedy, na chwilę, w ich domu. Nie mogłem cię znaleźć. Spojrzała na niego z góry. - Poszłam się wysiusiać. - Sprawdziłem w toalecie. - Była kolejka, więc poszłam na górę. Czy coś ci nie odpowiada? A może powinnam się wstrzymać do powrotu do domu? - Nie złość się, kochanie. Ja po prostu... - Och, daj spokój! - Rzuciła czasopismo na podłogę. - Jest zbyt gorąco na kłótnie o taki idiotyzm, jak moja wizyta w toalecie. Zaczęła poprawiać poduszki pod głową. Poszewki były uszyte z haftowanego jedwabiu. Lila kupiła je w specjalistycznym sklepie w Nowym Orleanie. Kosztowały fortunę. George podskoczył pod sufit, kiedy zobaczył, jaką sumą obciążono jego kredyt. - Wydałaś tyle na poszewki do poduszek? - zapytał z niedowierzaniem. Lila powiedziała, że wobec tego je zwróci, ale przez kilka następnych dni była tak nieszczęśliwa, że w końcu się poddał i pozwolił je zatrzymać. Podziękowała mu ze łzami w oczach, mówiąc, że jest najlepszym mężem na świecie. Pławił się w jej pochwałach. - Dziękuję, że poszłaś ze mną dzisiaj na pogrzeb - powiedział, kładąc rękę na jej krągłym biodrze. - To bardzo ważne, żeby się tam pokazać. - Oczywiście. Przecież dla nich pracujesz. - Kierownik działu bezpieczeństwa pracy to bardzo ważna funkcja, wiesz? Ciąży na mnie ogromna odpowiedzialność, Lila. Beze mnie Hoyle'owie... - Nakarmiłeś kota? - Wymieszałem chrupki z mięsem z puszki, tak jak kazałaś. W każdym razie moja funkcja w fabryce jest tak ważna jak Chrisa. Może nawet ważniejsza. Przestała układać jedwabne poduszki i spojrzała na niego. - Nikt nie wątpi, że jesteś jednym z najważniejszych ludzi w odlewni, George. Ja najlepiej wiem, jak dużo czasu spędzasz w pracy - wydęła usta. - Wiem to, ponieważ nie ma cię wtedy ze mną. Uśmiechając się, ściągnęła koszulkę przez głowę, a potem zalotnie przeciągnęła nią po jego piersi. Mały penis George'a wyprężył się z podniecenia. - Masz coś dzisiaj dla swojej Lili, George? Hm? - zamruczała. Wsunęła dłoń w jego bokserki i zaczęła go pieścić. Dobrze wiedziała, jak go zadowolić. Gdy George odwzajemniał pieszczoty, pojękiwała, jakby sprawiał jej równie dużo rozkoszy, co ona jemu. Może się mylił? Może wpadł w paranoję i zaczął sobie wyobrażać nieistniejące rzeczy, widział gesty i wyczuwał wibracje, które nie istniały? Był niski, gruby i różowy, za to Chris Hoyle wysoki, ciemny i przystojny. Podobno brał sobie kobiety wedle woli. George znał kilku pracowników huty, których małżeństwa rozpadły się z powodu romansu ich żon z Chrisem. To chyba naturalne, że się niepokoił, gdy jego żona przebywała w pobliżu takiego uwodziciela. Pracował dla Hoyle'ów od ponad dwudziestu lat. Poświęcił dla nich wiele czasu, dumy i
- Ciekawe! Czy mam ci przypomnieć, że ja jestem den¬drologiem i musiałam zostawić swoją ukochaną pracę?
Tammy wchodziła akurat na łagodny stok pod jego ok¬nem, niosąc Henry'ego. Tego ranka znów miała na sobie dżinsy i spraną koszulkę, i znowu była boso. Gdy weszła na górę, położyła się na trawie, ułożyła siostrzeńca przed sobą w taki sposób, że patrzyli na siebie, a ich nosy niemal się stykały, mocno ujęła jego małe ramionka i poturlała się razem z nim w stronę jeziora. Zatrzymali się przy samym brzegu, zaśmiewając się do rozpuku. Henry wyciągnął łapki, wyraźnie prosząc o jeszcze.
- Gdzie mieszkasz? Chciałbym wysłać kogoś, żeby spa¬kował twoje rzeczy. Oczywiście, nie wszystko naraz, resztę prześle się później.
- Dziwisz się? Przecież dzięki temu została księżną.
- Kiedy ja wcale nie... - wyjąkała Tammy. - To znaczy tak, ale... Nie chodziło mi...
odłożony na chwilę papieros Bankiera sam zgasł. Bankier jak zwykle był bowiem zajęty swoimi obliczeniami.
"Dorośli bywają czasem wzruszający" - pomyślał Mały Książę, patrząc w ślad za Pijakiem.
- W porządku, zadbam o ciebie do jutra, ale na tym koniec - powiedział surowo do malca. Henry spróbował we¬pchnąć mu do ust przeżutą papkę. - Dziękuję, jestem już po kolacji. A ty na pewno chcesz spać.
- Aż trudno uwierzyć. Czyżby poszli już spać? - zdzi¬wił się, przeszukując kolejne pomieszczenia. - Może tu fa¬ktycznie wszyscy kładą się o dziesiątej, a ja wcześniej tego nie zauważyłem?

©2019 w-chyba.wroclaw.pl - Split Template by One Page Love