Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/w-chyba.wroclaw.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server455784/ftp/paka.php on line 5
ają jej zainteresowanie. Cichutko siada na łóżku i przygląda się jej poczynaniom. Patrzy, jak Laura staje na palcach prawej nogi, lewą, zgiętą w kolanie pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, odsuwa do tyłu, prawą rękę płynnym ruchem unosi przed siebie, a lewą równie płynnie odsuwa w bok. Nie wie, że ta poza nazywa się attitude, ale bardzo jej się podoba. Najbardziej jednak zachwyca ją obrót wokół własnej osi o trzysta sześćdziesiąt stopni. Widziała podobne, kiedy w zimie była na rewii na lodzie. Potem sama chciała zrobić coś takiego na lodowisku, ale upadła na pupę i już nigdy więcej nie próbowała.

się, próbując pozbierać myśli – miała umrzeć, jeśli go nie zdobędę.

ają jej zainteresowanie. Cichutko siada na łóżku i przygląda się jej poczynaniom. Patrzy, jak Laura staje na palcach prawej nogi, lewą, zgiętą w kolanie pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, odsuwa do tyłu, prawą rękę płynnym ruchem unosi przed siebie, a lewą równie płynnie odsuwa w bok. Nie wie, że ta poza nazywa się attitude, ale bardzo jej się podoba. Najbardziej jednak zachwyca ją obrót wokół własnej osi o trzysta sześćdziesiąt stopni. Widziała podobne, kiedy w zimie była na rewii na lodzie. Potem sama chciała zrobić coś takiego na lodowisku, ale upadła na pupę i już nigdy więcej nie próbowała.

się rozpaść w pył. Opuścił ręce wzdłuż tułowia i zacisnął pięści
I są ode mnie młodsze, dodała w myślach z nutką zazdrości.
– Jeszcze raz dziękuję, Ellen. Za wszystko. – Julianna wstała, żeby
Umówili się w sąsiednim parku, na przedmieściach w Wirginii, o
potrafię się rozluźnić przy mężczyźnie.
ciśnienie i wzięła od niej próbkę moczu. Mężczyzna uśmiechnął się do
– Cieszę się tylko z jednego powodu – powiedziała Ellen. – Wasz
też w nich niechęci ani wątpliwości, choć spodziewała
– Po prostu miałem już dość pizzy na zamówienie i podobnych specjałów.
Tak... Tak... Czekam z niecierpliwością. Do zobaczenia, Olly. – Theo
spędzić w tym domu ani minuty dłużej, nie mówiąc
Usiądziesz?
się samotna!
-Pojawiasz się w naszym życiu, a potem sobie znikasz? Czy

- Wiem, jaka jest moja matka i całkowicie podzielam pani zdanie na jej temat.

- Nie, wtedy już siedziałam w Australii. Na którymś z moich ukochanych eukaliptusów.
uważa, że życie to ciągłe pragnienia. Im mniej ich w nas jest, tym mniej w nas życia...
A przecież zmysły miały na ten temat zupełnie inne zda¬nie. One właśnie tego potrzebowały, pragnęły, domagały się.
- A co odpowiedziałeś napytanie Maski? - spytał Mały Książę głęboko poruszony opowieścią Gołębia Podróżnika.
Przynajmniej zanim jej nie pocałuje.

- Masa czasu. Dwadzieścia jeden lat panowania ci nie wystarczy?
- To przecież absurd. - Popatrzyła na swoje dłonie, któ¬rych Mark wciąż nie wypuszczał ze swoich rąk. Od ciężkiej fizycznej pracy stały się szorstkie i zniszczone, widniały na nich dawne i świeże zadrapania.
- Powiedziałbym mu, że cieszę się z jego powrotu i że brakuje mi jego pomocy, a nawet... jego towarzystwa. Bo tak
- Gdybym więc zabrała Henry'ego z powrotem do Au¬stralii... - zaczęła z namysłem.
- Wtedy, przy pianinie, myślałam, że jesteś najbardziej aroganckim skurwysynem, jakiego miałam nieszczęście poznać. - Przesunęła palcem w dół po jego brodzie. - A przy okazji, jednym z najatrakcyjniejszych. - Ja zaś zastanawiałem się, jak się powstrzymać, żeby nie dotknąć cię po to, by sprawdzić, że naprawdę istniejesz. Wydałaś mi się najbardziej seksowną kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem. A przy okazji, najbardziej przemądrzałą. Zaśmiała się lekko. - Tak bardzo chciałam cię nienawidzić - powiedziała. Nagle spoważniała. - Chciałabym cię nienawidzić teraz. - Chcesz tego z powodu brudnej roboty, jaką wykonuję dla Huffa. - Tak. - Podziwiam twoją prawość. - Czyżby, Beck? - Tak. Czy moglibyśmy jednak porzucić na chwilę twoją prawość i mój jej brak? - wyszeptał. - Przynajmniej do rana. - Chcesz, żebym została? Przytulił ją mocniej. - Tylko spróbuj odejść. Pocałowali się długo i bez pośpiechu. Jego ręce powędrowały od jej piersi w kierunku miękkiej, wilgotnej tajemnicy jej płci, a potem znów w górę, ku piersi i nabrzmiałej brodawce. Od pierwszego spotkania z Sayre setki razy wyobrażał sobie, jak leżą obok siebie, nadzy. Rzeczywi-stość jednak przechodziła jego najśmielsze wyobrażenia. Teraz, kiedy w końcu byli razem, Beck nie mógł się nasycić jej dotykiem. Kiedy przestali się całować, objął wzrokiem jej ciało. - Jesteś piękna, Sayre. - Dziękuję. - Bez skazy. Ten komentarz sprawił, że senny uśmiech stopniowo zniknął z jej twarzy. Poczuł, jak Sayre wycofuje się w głąb siebie, jeszcze zanim usiadła i przyciągnęła kolana do piersi, opierając na nich brodę. - Mam skazę, Beck. Lepiej by było dla ciebie, gdybyś nigdy mnie nie poznał. - To nieprawda. - To prawda, Beck. Pozostawiam za sobą zniszczenie My, Hoyle'owie, jesteśmy z tego znani. To nasza specjalność. Łamiemy ludziom serca i życia, nieodwracalnie. Położył dłoń na jej plecach. Skóra Sayre była niewiarygodnie gładka i blada w porównaniu z jego ciałem. Jej biodra odcinały się łagodnym łukiem od wąskiej talii. Nad pośladkami widniały dwa symetryczne płytkie dołeczki. Ta kobieca cecha sprawiła, że jego serce wypełniło dziwne pragnienie, jakiego nie czuł nigdy przedtem. Wiele razy odczuwał fizyczne pożądanie, nigdy jednak nie doświadczył pragnienia, aby całkowicie posiąść ciało kobiety, poznać jego pełnię. - Co zniszczyłaś, Sayre? - Poślubiłam dwóch mężczyzn, których nie kochałam. Wydawałam ich pieniądze, dzieliłam z nimi łoże, lecz ledwo pamiętam, jak wyglądali. - Spojrzała na niego, sprawdzając reakcję, ale twarz Becka pozostała spokojna. Chciał, żeby opowiedziała mu o tamtych czasach. Pragnął poznać wszystkie brudne szczegóły jej tamtego życia. - Zniszczyłam ich. - Patrzyła przed siebie. Mówiła z wyraźnym trudem. - Celowo i dla własnych egoistycznych celów. Nie miałam nic przeciwko nim, ale wykorzystałam ich bezlitośnie.
PROLOG Niektórzy powiadają, że nie mógł wybrać lepszego dnia na samobójstwo. W tamto niedzielne popołudnie odechciewało się żyć i większość żywych stworzeń ledwo dyszała. Powietrze było gęste, lepkie i gorące jak poranna zupa mleczna, wysysało energię życiową z każdej istoty, rośliny czy zwierzęcia. Chmury wyparowały w nieznośnym żarze. Wychodząc na dwór, miało się wrażenie, iż wstępuje się do brzucha wielkiego pieca hutniczego, jak te w odlewni Hoyle'ów. Wielki najedzony aligator wylegiwał się na słońcu w pobliżu zarośli na prywatnym terenie wędkarskim rodziny Hoyle'ów, z powodu kępy cyprysów rosnących pośrodku zalewiska zwanego Bayou Bosquet. W szklistych oczach zwierzęcia odbijał się rozżarzony błękit nieba. Z masztu stojącego opodal domku smętnie zwisała flaga stanu Luizjana. Cykady były zbyt leniwe, aby odgrywać swe zgrzytliwe serenady, chociaż od czasu do czasu któryś z owadów zakłócał rozespaną ciszę dnia kilkoma wydanymi bez przekonania dźwiękami. Ryby schowały się głęboko przy dnie, szukając cienia pod gęstym zielonym dywanem rzęsy. Tkwiły bez ruchu w cienistych, mętnych głębinach, od czasu do czasu wachlując skrzelami. Mokasyn błotny leżał bezwładnie na brzegu rozlewiska, groźny choć nieruchomy. Rozlewisko było siedliskiem ptaków, ale dzisiaj nawet one podsypiały w gniazdach, z wyjątkiem samotnego jastrzębia, który przycupnął na szczycie drzewa, dawno temu spalonego przez piorun. Szczątki giganta były tak ogołocone i zbielałe w słońcu, że wyglądały jak kości. Skrzydlaty myśliwy spojrzał na stojący na brzegu rzeki domek. Może dostrzegł mysz przemykającą pomiędzy palami zabezpieczającymi pomost wędkarski, ale najprawdopodobniej odezwał się w nim zwierzęcy instynkt, ostrzegający przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Huk wystrzału nie był tak głośny, jak można się było spodziewać. Powietrze gęste jak puchowa poduszka chyba zatrzymało i wyciszyło falę dźwiękową. Strzał nie wywołał wrażenia na mieszkańcach rozlewiska. Flaga nadal zwisała smętnie z masztu, spasiony aligator nie mrugnął nawet okiem. Wąż wślizgnął się do wody z cichym pluskiem, bynajmniej nie zaniepokojony, raczej urażony, że ktoś zakłócił jego niedzielną drzemkę. Jastrząb wzbił się w powietrze, bez wysiłku zataczając szerokie kręgi, unoszony gorącymi prądami powietrza. Obserwował teren w poszukiwaniu zdobyczy nieco atrakcyjniejszej niż mała myszka przyczajona pomiędzy drewnianymi żerdziami pomostu. Ani przez chwilę nie pomyślał o martwym człowieku w domku nad brzegiem rzeki. 1 - Pamiętasz Klapsa Watkinsa? - Kogo? - Tego gościa, który awanturował się w barze. - Czy mógłbyś mówić jaśniej? W jakim barze i kiedy? - Wtedy, kiedy pojawiłeś się w naszym mieście. - To było trzy lata temu. - Owszem, ale powinieneś to pamiętać. - Chris Hoyle pochylił się do przodu na krześle, jakby chciał w ten sposób wspomóc zawodną pamięć przyjaciela. - Przypominasz sobie tego krzykacza, który wywołał bójkę? Twarz, na której widok przestają tykać zegary? Ogromne uszy. - Ach, tego gościa. Tak. Tego z... - Beck przyłożył dłonie do skroni, parodiując gigantyczne małżowiny. - Stąd jego przydomek, Klaps - powiedział Chris. Beck uniósł jedną brew. - Gdy tylko zawiał wiatr, jego uszy...
Kiedy Mały Książę otworzył oczy, stał przed obliczem Króla, którego ta wizyta bardzo ucieszyła:
- Przykro panu? - zaatakowała. - To mnie jest przykro! Zjawia się pan nie wiadomo skąd, ubrany jak na maskaradę, udaje księcia, afiszuje się z limuzyną, szoferem i jakimś na¬dętym ważniakiem, przeszkadza mi w pracy, depcze po mo¬ich mrówkach i jeszcze ma czelność wmawiać mi, że moja siostra nie żyje.
- Jeśli to jest książę, to kim pan jest?

©2019 w-chyba.wroclaw.pl - Split Template by One Page Love